Szkoły wyższe powinny od czasu wprowadzenia trzystopniowego sytemu szkolnictwa wyższego znieść obowiązek odbywania praktyk dydaktycznych ze studentami niższych stopni. Przede wszystkim chodzi o to, że wymagania dotyczące minimalnego wypracowania godzin dydaktycznych są bardzo wysokie, ponieważ przy założeniu odbywania jednych zajęć raz w tygodniu, należałoby poświęcić cały semestr na zaliczenie tego obowiązku.
Wyższe szkoły oczywiście nie liczą się z tym, że doktorant, to nie jest już student, na którego utrzymywanie mogą nadal dawać rodzice. Doktorant musi sam się utrzymać, a cotygodniowe zwalnianie się z prawy, by móc prowadzić zajęcia ze studentami, bardzo utrudniają życie. Ale nie tylko o to chodzi. Studia wyższe trzeciego stopnia zakładają w ramach praktyk dydaktycznych, że doktorant musi sam dobrać literaturę dla studenta, przygotować się do zajęć merytorycznie, stworzyć konspekt oraz ćwiczenia. Doktorant w ramach dydaktyki jest zobowiązany do prowadzenia konwersatoriów, więc musi prowadzić ze studentami dialog, co wymaga również od niego znajomości dech nich pedagogicznych, a przecież wielu absolwentów odbywało kursy specjalności innych niż pedagogiczna. Szkoły wyższe powinny obowiązek dydaktyczny przerzucić jedynie na osoby otrzymujące stypendium doktoranckie oraz na chętnych, którzy swą karierę zawodową wiążą z uniwersytetem. Z jakiegoś powodu wciąż jednak funkcjonują przestarzałe formuły, które bardzo utrudniają i tak już niełatwe życie doktorantów.
Ja uważam, że poziom nauczania w wyższych szkołach jest bardzo przestarzały. Ja studiuję prawo, to przez pięć lat studiów, wkuwamy tylko "suchą" wiedzę niż uczyć się czegoś praktycznego.
Obecne zmiany w systemie nauczania raczej nie idą w dobrym kierunku. Dzieci zamiast się kształcić stają się być dużo bardziej zacofane niż roczniki je poprzedzające i uczone wedle starego programu.